Słuchojcie, dziadku, a moze byście pedzieli o tym, jak wos diobeł wióz z Łagowa?
Stary siod se na stołku z oparciem, zakopcieł faje roz i dugi, ze owinoł się cały w dymny oblok i w teg mgłe machorkowo spowity zacon mówić:
-- To ju ćtery lata minęło na świento Anne, jak mi sie to zdarzeło.
Beło lato, ciepło, to chociem stary, mógem się wybrać na jarmark. popiłem se na jarmarku, bo troche beło zimno, to zeby na rozgrzewke.
-- O! Toście cygon, dopiero rzekli, ze ciepło beło, a tera zimno --- docieno któreś nie w smak, bo stary się obruseł.
-- Cie go!  Bedzie mi tu dogadowoł.
-- Trza słuchać co dziadek prawi, choćby i cyganieł --- przyganieła matka.
-- Jakeś smyk, nie bełeś w Łagowie, to nie bajcluj, wies ty, kaj Łagów, ze tam zimni? A poreście, to beło na wiecór, a noce i w lecie som zimne. A jo jezdem stary.

Dzieci poukładały nogi pod siebie, jakby se tero dopiero przyobaceły, ze je noc i zimno idzie przez drzwi otwarte do chałupy. A stary ciognoł:
-- Tom se troche popieł, ze to niby spotkałem duza znajomych, zabawiełem w kościele i o zmroku wysedem do domu. Ide se tu drogom, ide, posiaduje w rowach, roz na ty stronie, roz na ty, bom badoł, kaj lepi. Juz jestem za Złotom Wodom, a tu słyse strzelanie z bata głośne, jakby z pański karocy. Chlopy takich dobrych batów ni majom, myśle se, bo wiem dobrze, ze nojlepse baty to krencom po dworach i u wielgich panów. Hale mi ta nie było skoro ober-zić się i obocyć kto jedzie. Głowa mi jakosi ciezała. Tom se siod w rowie i cekom.

Patrze, patrze, a tu bryka zajezdzo strasecnie wielgo i piekno. Ćtery latarnie w pobok sie swiecom, eze blask bije. Kunie kare wyskokie i paśne jak cabany. Na przedzie siedzi pon z batem i kiej najechoł wreście nade mnie, niby, ze mnie to niee widzi, jak nie strzeli wele ucha, ezem stanoł na równe nogi, a ón dopiero kunie strzymoł.
-- Skądeście? --- spytoł.
-- Z Bielin.
-- To piechotom idziecie?
-- A ino.
-- Jak chcecie to siadojcie, podwieze wos --- rzek do mnie takim słodkim głosem, ez mi sie na sercu mieli zrobieło.
-- Te kunie toby nas rozniesły, jak by pon poupuścił lecy.
-- Boicie sie?
-- Ij... Ta ino... --- alem sie boł, bo smołom tak cuć beło i ocy tak sie świecieły temu, co na przedzie siedzioł, ezem dygotek dostoł.

Wzion zloz, a kunie stoły, ani sie ruseły. Przysed do mnie, por-ziol tym błyskiem onych śkloncych ślepiów i posadzieł na takich pierzynach, ze w cały wsi ni ma chyba miekcejsy.
Posed do kuni, rozchełznoł je i mówi:
-- Bedziemy poić.
-- Kaj ze to?
-- W stawach na Belnym.
-- A mnie od razu jakby kto ocy rozwionzoł. Zapachniało mi siarkom i smołom, ze chyba w samym piekle gozy nie cuć.
Ón panek co strzeli z bata, to ogiń idzie im kunie walom kopytami, ez jency. Co sie ober-ze, to ogiń od onych podków taki idzie, okez karocy nie spoli. Jo ani słowa, a ón panek ino z bata strzelo. Myśle se jak by tu wyskocyć kaj w rów, halem nie zbadoł jesce, w który lepi, cy w prawy, cy w lewy. Od Łagowa miekciejse rowy som z lewy strony, a pod Lechowem z prawy. Nie zdolełem do kuńca rozmysleć se ty sprawy, a tu cuje ze jezdem w wodzie.
-- Niech sie kunie napojom i pojedziemy dali.
-- Kaj?
-- Do Kielc.
-- Kiej jo chce do Bielin.
-- To cie wysadze.
-- Gdzies ta?
-- Obocys --- tyla mi rzek i znowu z bata strzeleł.
W Nowokoskiego młynie turkotało cicho. Ktosi mełł, bo drzwicki sie otworzeły, wyr-zioł chłop jakisi i schowoł się predko.

Znowu jedziemy dali, hale juz bez łoki, prosto na Bieliny. Kunie parskajom, a z pysków ogiń im leci i cuć siarkom. Owionoł mnie taki smród, ezezm sie zakrztusieł, dech mi ustoł i omdlołem do cna.
Obudziełem sie nad ranem, hale wieta gdzie? Na Kepiny górze!
Wszysce oniemieli ze zgrozy.
-- Tam mnie diobły zaciungneły, Hale co najgorse to to, ze diobeł mnie wióz nie na karecie, ino za nogi ciognoł. Portek to zem mnie naloz; no a o rescie to nie powiem. Pół roku usiość ni mógem. Nawet Parobiec nie poradzieł ze swemi lekami.





Wosiu! Nie przejdę za wasz płot do uli,
bo wiem, ze kąśliwe twe pszczoły.

Choć trzymałeś w dłoni miodu plaster
i wołałeś -- Gęsi w trawie zostaw! --
jam bał się was, Wosiu, zawsze,
bo byliście starzy, pobrużdżony --
i choć jedne są granice nasze,
nie wyrzekłem nigdy "pochwalony",
bo się bałem, że nie odpowiecie.

Wasze słowa były jak kamienie.
-- pochwalony Jezus Chrystus -- leci
trzy kamienie za naszą granicę.

A gdym pasał owce jeszcze w domu,
tom podpuszczał na waszą stronę.
Wosiu, czy wy o tym wiecie?

Wyście granicę wypaśli -- dziadek klął.
-- Czemuś nie wstał rano?
-- ja przed słońcem jak Woś nie potrafię,
on jest stary, z czołem pooranym.

Wosiu! Czy wy po łacinie
też umiecie mszę śpiewać w kościele,
bo też jak ksiądz macie minę,
gdy najecie się dobrze w niedzielę?
Jam pisał gdzieś, w jakiejś gadce,
że wy bydło... w naszej koniczynie...
i rzekliście pono mojej matce,
że pociechy po takim synie
nie doczeka.

-- "Ze bo jak to -- mówię, zeby na to,
com mu miód lipcowy dawoł,
on ta pisał, ze ja jesce latoś
w konicynie wasy pasoł krowy?!
A rozdymka?! Cy to nie wuazoł?
Ze to przecie krowa zdechnie!
Wjechoł na mnie z kpinami jak wozem,
az mnie krew zaloła -- az mnie..."

Wosiu! Przecież ja pamiętam
ten miód słodki i dwanaście uli.
Koło uli rosła wtedy mięta.
Kuźnia w pobok. Łapka konie kuli.
Wyście miód dawali mi przez parkan,
dziura była, wsadziłem w nią rękę,
a wy wtedy - "Zaroz dziure zatkom,
ktoz tu wydłubuje sęki?
Chyba ty?"

Wosiu! Wydłubałem dziurę w płocie,
żadnym wy jej nie zatkacie sękiem,
patrzę na was przy każdej robocie,
a i pióro mam wetknięte w rękę.

Fragment ksiazki J. O. Michalskiego, Wydawnictwo Łódzkie 1985r.
Grafika Bohdan Furnal.

 

MENU


DOMOWA
  Powrót na stronę domową.


lysa.gora@wp.pl
Radosny licznik odwiedzin



Krzysztof Majcher © Copyright 2005 (e-mail:  webmaster)